Kalendarz ♦ Aktualności ♦  ♦ Księga Gości ♦ Newsletter
          

WALICHNOWSKI ZYGZAK

16 kwietnia 2015 - Walichnowski zygzak [Dolina Dolnej Wisły]

Kto czytał, ten wie, że pod koniec wędrówki „W Krainie Deszczowców” po przejechaniu w deszczu 70 kilometrów odgrażałem się: „My tu jeszcze wrócimy... ze Słońcem!”.
       Pięć lat później „nadejszła wiekopomna chwila”. Wprawdzie wróciłem sam. Wprawdzie zmodyfikowałem nieco trasę. Wprawdzie jechałem z północy na południe, odwrotnie niż poprzednio. Jednak wróciłem i odkryłem wiele nowych miejsc. Warto wracać w te same rejony. Dzięki temu można je lepiej poznać.

       Kilka słów o tytule. Postronnemu czytelnikowi wystarczy spojrzeć na trasę na mapie. Jest zygzak? Powiedzmy, że jest! Czułem ten zygzak to oddalając się, to powracając do drogi głównej, którą jechałem 5 lat temu. Dla mnie sens jest jednak głębszy. Tytuł bowiem nawiązuje do relacji z pewnej wędrówki rowerowej popełnionej przed dekadą. Lektura tej właśnie relacji zainspirowała mnie do bardziej świadomego podróżowania, do odkopywania historii bardziej lub mniej znanej. I przede wszystkim do emitowania swoich wrażeń i doświadczeń w formie własnych opisów.
       Relacją, o której piszę jest „Żuławski zygzak” autorstwa Tomasza Plucińskiego. To od niej się wszystko zaczęło... i przez Niego :-).


 Informacje 
  • Uczestnicy: ze mną tam nikogo tylko wiatr;
  • Data i czas: 16 kwietnia 2015, 0530-2030;
  • Pogoda:
    • wiatr: zachodni, silny, porywisty, upierdliwy;
    • zachmurzenie: małe, obłoczki jak na pocztówkach;
    • opad: brak;
    • temperatura: od ok. 5 st. C rano i wieczorem do ok. 15 st. C w ciągu dnia;
  • Dystans: 105 km;
  • Trasa: Tczew - Gorzędziej - Subkowy - Wielka Słońca - Mały Garc - Rybaki - Międzyłęż - Małe Walichnowy - Wielkie Walichnowy - Kuchnia - Polskie Gronowo - Ciepłe - Gniew - Tymawa - Betlejem - Opalenie - Widlice - Małe Wiosło - Dębina - Pieniążkowo - Milewko - Twarda Góra;
  • Mapa: Walichnowski zygzak

Tym razem samotnie wybrałem się w Dolinę Dolnej Wisły. Z uwagi na dostępne połączenia kolejowe postanowiłem odwrócić dotychczasowy kierunek przemierzania doliny.


 Sprostowanie 

Zapewne zetknęliście się z akcją telewizyjną, informującą pasażerów, że nie wszystkie pociągi to pekape. Akcja jest oficjalną odpowiedzią na moje cowycieczkowe docinki o brudzie, smrodzie, wszechobecnym piwsku i papierosowym dymie, a także przelewającym się moczu i walających stolcach w toaletach naszych pociągów. Otóż chciałbym z tego miejsca sprostować, że wszystkie owe mankamenty, że tak to delikatnie określę, dotyczą głównie składów podległych spółce Przewozy Regionalne, z których to korzystam. O pociągach PKP nie mogę złego słowa napisać, albowiem pociągami PKP nie jeżdżę. Dlaczego? Z czystej oszczędności. Oto przykład: Gdybym wybrał PKP, za dzisiejszy kurs zapłaciłbym trzykrotnie więcej niż w SKM i jeśli się nie mylę dwukrotnie więcej niż w REGIO. Naprawdę za te pieniądze wolę kupić jakąś ciekawą mapkę.

Wybór jest prosty. Płać dwukrotną stawkę, albo brodź w ekskrementach i wdychaj dym papierosowy przemieszany z oparami na wpół strawionego piwa. A to wszystko w pociągu, który na dystansie Gdynia - Gdańsk nabiera półgodzinnego opóźnienia. Oczywiście przerysowałem. Nie zdarzyło mi się jeszcze brodzić. Ale pozostałe doświadczenia mam z REGIO.

Biorąc to wszystko pod uwagę coraz częściej wybieram samochód.


Dziś tradycyjnie nie PKP, wyjątkowo nie REGIO, ale SKM. Jadę do Tczewa. Przy okazji dowiaduję się, że za rowery w kolejkach SKM nie pobierają opłaty przez cały rok, a nie, tak jak myślałem, w sezonie letnim. Do tego nowy skład z przedziałem przystosowanym do przewozu rowerów, no i wszechobecna czystość. Zakładam, że z toalety też bez obrzydzenia można skorzystać. Nie sprawdzam, bo nie zostawiam roweru. Jeśli to reguła, to w połączeniu z darmowym przewozem roweru, a co za tym idzie niskim kosztem przejazdu, eskaemka plasuje się na pierwszym miejscu dostępnych dla mnie przewoźników.

W Tczewie jestem przed wschodem i pierwsze „kroki” kieruję do mostu, który ludzie przychodzący nim z drugiej strony Wisły chętniej nazywają Lisewskim. Tu witam dzień.

Tczew. Wschód słońca zza mostów tczewskich.

Ruszam na południe. Najpierw bulwarem wiślanym, później drogą szutrową, betonówką, wreszcie ścieżką dojeżdżam do kolejnego mostu na Wiśle - Mostu Knybawskiego, którym słynna berlinka pokonuje rzekę. Miałem taki plan, żeby zawitać do Gorzędzieja wcześnie rano i sfotografować pięknie położony na skarpie wiślanej XIV-wieczny kościół p.w. św. Wojciecha w promieniach niskiego jeszcze słońca. Udało się.

W Gorzędzieju. U stóp skarpy wiślanej.

Mimo iż chciałoby się ruszyć dalej na południe nadwiślańskimi ścieżkami,...

Gorzędziej. Dolina Wisły.

...wracam na skarpę. Przed odjazdem jednak jeszcze robię zdjęcie, po które tu przyjechałem.

Gorzędziej. Kościół p.w. św. Wojciecha.

Podjeżdżam jeszcze do kościoła, by stamtąd spojrzeć na dolinę Wisły.

Panorama doliny Wisły z Gorzędzieja.

Kolejnym celem wędrówki są Subkowy. Z asfaltówki w Gorzędzieju skręcam przy Bożej Męce na, biegnącą między sadami owocowymi, szutrówkę, która przy kolejnej kapliczce wprowadza mnie do Subków. Zamierzam tu zobaczyć kościół p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika, XVIII-wieczny dwór, stary młyn i cmentarz ewangelicki. Udaje się połowicznie. Kościół wprawdzie oglądam, ale zdejmuję tylko anioła stróża z bramy. Cała świątynia najlepiej prezentuje się z większej odległości w panoramie wsi.

Subkowy. Anioł na bramie kościelnej.

Pałacu nie znajduję. Stwierdzam, że może coś pomyliłem. Miał być przy ulicy Wybickiego. Przejechałem ją trzy razy, rozglądając się uważnie i wzbudzając podejrzliwe spojrzenia policjantów badających trzeźwość kierowców. Jeszcze raz i pewnie sam bym musiał dmuchać. Wprawdzie nie miałem nic we krwi, ale zawsze mogłem dostać „za niemanie świateł” [oryginalne sformułowanie z raportu policyjnego]. Młyn sam się rzuca w oczy w centrum wsi, ale nie sfotografowałem, a cmentarz, jak to stare ewangelickie cmentarze, bardzo szczątkowy. Tu kolejna identyczna kapliczka.

Subkowy. Cmentarz poewangelicki.

Subkowy. Cmentarz poewangelicki.

Kilkaset metrów za cmentarzem skręcam w polną drogę,...

W drodze za Subkowami.

...która doprowadza mnie po kilkunastu minutach do kolejnej wsi.

Przede mną Wielka Słońca.

W przeciwieństwie do wędrówki w strugach deszczu sprzed 5 lat, dziś trasa, zamiast przez Małą Słońcę, wiedzie przez jej Wielką Siostrę.

Bo Wiele Słońca będzie...

Przez wieś o tej wdzięcznej nazwie po prostu przejeżdżam. Chwilę później jestem w Małym Garcu. Skoro mały garc, to i małe co nieco. Ale najpierw podjeżdżam kilkadziesiąt metrów w kierunku Gremblina, by zobaczyć pozostałość starego cmentarza. Znajduję dokładnie to, czego się spodziewałem. Kępę drzew.

Mały Garc. Cmentarz.

Małe co nieco postanawiam wsunąć na schodach pałacowych w pięknych okolicznościach przyrody parkowej. Pałac z końca XIX wieku wraz z zabudowaniami gospodarczymi i parkiem jest w rękach prywatnych. Na bramach wiszą tabliczki o zakazie wstępu. Wprawdzie takie tabliczki nigdy mnie nie zrażały [bo nie czytam biegle ;-)], ale dziś coś mnie tknęło i rozejrzałem się za właścicielem, by spytać o zgodę na eksplorację terenu. Tę uzyskawszy ruszam do pałacu.

Mały Garc. Pałac.

Mały Garc. Pałac i pomnikowy platan.

Mały Garc. Pałac.

Mały Garc. Wspaniały platan w parku.

Mały Garc. Gołębnik.

Mały Garc. Kuźnia.

Z Małego Garca jadę na północ, by obejrzeć pozostałości po baterii artyleryjskiej z początku ubiegłego wieku.

Rybaki. Pozostałości po baterii artyleryjskiej.


 Bateria Mały Garc 

Bateria artyleryjska wzniesiona w latach 1901-1902 do ochrony węzła wodnego wraz ze śluzą Biała Góra w rozgałęzieniu Wisły na Leniwkę i Nogat była elementem tzw. Linii Dolnej Wisły [Die Weichsellinie] stanowiącej alternatywną linię obrony w przypadku niepowodzeń, jakie w starciu z Rosjanami w Prusach Wschodnich mogły ponieść słabe siły niemieckie. Warto wspomnieć, że Niemcy prowadzili w tym czasie trudną i wyczerpującą wojnę dwufrontową przeciw Rosji i jej sojusznikowi - Francji. Na Linii Wisły Niemcy mieli opóźniać natarcie Rosjan czekając na zwycięskie dla siebie rozstrzygnięcie na froncie zachodnim

Do obrony umocnień Linii Dolnej Wisły nie doszło przede wszystkim w wyniku zwycięstwa wojsk niemieckich nad Rosjanami pod Tannenbergiem i nad Jeziorami Mazurskimi.

Bateria składa się z 6 ziemnych stanowisk dla dział kalibru 100mm, ceglanych schronów pogotowia, podręcznych magazynków amunicyjnych, betonowego schronu amunicyjnego oraz punktu obserwacyjnego.


Mały Garc / Rybaki. Pozostałości po baterii artyleryjskiej.

Mały Garc / Rybaki. Pozostałości po baterii artyleryjskiej. Główny schron amunicyjny.

Mały Garc / Rybaki. Pozostałości po baterii artyleryjskiej. Wnętrze schronu amunicyjnego.

Mały Garc / Rybaki. Pozostałości po baterii artyleryjskiej. Stanowiska dział kalibru 100mm.

Mały Garc / Rybaki. Pole rażenia baterii.
Bliższy blask to Jezioro Pelplińskie, drugi to Wisła w okolicy Cypla Mątowskiego.
Gdzieś po prawej Biała Góra.

Następnie kieruję się w stronę Małej Słońcy. Spokojnie! Żadnych prowokacji. Dojeżdżam jedynie do Rybaków, gdzie rzuciwszy okiem na odrestaurowany...

...pałac z II połowy XIX wieku...

...otoczony obsypanymi kwieciem drzewami...

...skręcam na południe i dojeżdżam do międzyłęskiego węzła hydrotechnicznego, składającego się ze śluzy i przepompowni odwadniającej cały obszar Niziny Walichnowskiej do Wisły. [To oczywiście skrót myślowy. Zainteresowanych systemem odwadniania Niziny i jego historią odsyłam do źródeł wymienionych na końcu.]

Rybaki. Śluza.

Rybaki. Śluza.

Rybaki. Śluza.

Rybaki. Przepompownia. W głębi Jezioro Pelplińskie.

Za śluzą, kierując się na południe, wyjeżdżam na rozszerzającą się płaską równinę ograniczoną od wschodu Wisłą, a od zachodu stromą skarpą wysoczyzny. To Nizina Walichnowska mająca 15 kilometrów długości i do 5 km szerokości. Tu bardziej niż gdziekolwiek indziej [nawet na moich ukochanych Żuławach] czuć, że jest to ląd wyrwany rzece i, że gdyby nie ciężka praca pokoleń osadników, natura zabrałaby to, co jej odebrano. Zresztą wiele razy rzeka upominała się o swoje, czego wyraz odnajdę w przedsionku kościoła w Wielkich Walichnowach. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Jednym z przeoczonych podczas wędrówki sprzed pięciu lat obiektem był duży dom Conrada Dirksena - syna Starosty Związku Wałowego Niziny Walichnowskiej [o Staroście później]. Znajduje się ów dom w Międzyłężu trochę na uboczu. Pewnie dlatego go przeoczyłem, choć główną przyczyną była niewiedza. Dojeżdżam doń boczną drogą.

Międzyłęż. Droga do domu Conrada Dirksena

Dom jest duży, trójkondygnacyjny i mocno zaniedbany. Pilnują go dwa psy. Oba uwiązane, przy czym jeden ma w zasięgu łańcucha drogę dojazdową. Uniknąwszy kontaktu 3 stopnia podjeżdżam pod dom. Nad drzwiami widnieje data budowy oraz skute prawdopodobnie imię i nazwisko pierwotnego właściciela. Podobno jeszcze kilka lat temu można było tam odczytać nazwisko.
Dom ten kazał wznieść w 1911 roku Conrad Dirksen, właściciel 150-hektarowego gospodarstwa, by szesnaście lat później, wraz z całym gospodarstwem, zapisać go swemu najstarszemu synowi, Wolfgangowi Dirksenowi. Dzisiaj mieszka tam pięć rodzin, a budynek jest w administracji gminy.

Międzyłęż. Dom Dirksena.

Międzyłęż. Dom Dirksena. Można sobie wyobrazić napis Conrad Dirksen przed datą.

Spod domu Dirksena skracam sobie drogę polnym traktem i wyjeżdżam na asfalt w miejscu gdzie znajduje się cmentarz mennonicki z pięknie zachowanymi ceglanymi słupami ogrodzenia.

Międzyłęż. Cmentarz mennonicki.

Międzyłęż. Stela na cmentarzu mennonickim.

Przed tytułowymi Walichnowami zatrzymuję się jeszcze przy skrzyżowaniu, gdzie stoi pomnik poświęcony ofiarom II Wojny Światowej poległym na Nizinie Walichnowskiej oraz Staroście Związku Wałowego tejże niziny - Peterowi Rudolfowi Dirksenowi, którego płaskorzeźba zdobiła obelisk jeszcze pod koniec wojny.

Pomnik.

Tu, nie wiem jakim cudem, przeoczyłem poprzednio resztki wąskiego toru przecinającego jezdnię. To tory tak zwanej „kolejki buraczanej” biegnącej do Cukrowni Pelplin z Wielkich Walichnów, gdzie łączyła się od 1905 roku z kwidzyńską wąskotorówką. O tej ostatniej jeszcze będzie.

Relikt wąskiego toru.

Zaraz po wykonaniu tego zdjęcia upierdliwy dziś wiatr przewraca rower, co powoduje rozregulowanie przedniego hamulca. Wywołuje to tarcie tarczy o klocek i skutkuje ostatecznie chwilowym postojem i regulacją. Zaraz jednak jestem w Małych Walichnowach. Po drodze mijam jeszcze oborę z głową byka na elewacji i zauważam, że ktoś utrącił bykowi pysk, czy co tam byk ma z przodu. Zatrzymuję się dopiero przy cmentarzu mennonickim.

Małe Walichnowy. Cmentarz mennonicki.

Cmentarz utrzymany w bardzo dobrym stanie. Niezachwaszczony, pomniki uporządkowane, postawiona tablica informacyjna. Ciekawy z uwagi na ceglaną, dwupoziomową kostnicę zbudowaną w 1912 roku.

Najstarszy nagrobek: kamień polny z napisem: L. I./L.A.H.B./GBNE 1778/ S.E.

Na jednym z nagrobków doszukałem się wizytówki znanego bydgoskiego kamieniarza Carla Bradtke. Tu dygresja - ciekawostka rowerowa: Carl Bradtke posiadał w Bydgoszczy okazałą kamienicę czynszowo-handlową, w której na przełomie XIX i XX wieku sprzedawano rowery firmy „Patria”. Niewiele było raczej wówczas sklepów rowerowych.

Małe Walichnowy. Cmentarz mennonicki.

Małe Walichnowy. Cmentarz mennonicki.

Małe Walichnowy. Cmentarz mennonicki.
Mój ulubiony krzyż ze wszystkich okolicznych cmentarzy. Właśnie w takim ujęciu.

Małe Walichnowy. Cmentarz mennonicki.

Uskrzydlona klepsydra - symbol przemijania, upływu czasu i śmierci, ale także cykliczności (kiedy piasek się przesypie, odwracamy klepsydrę i proces zaczyna się od początku). Więcej o symbolice cmentarnej.

Małe Walichnowy. Cmentarz mennonicki.

W tle widać kępę drzew, a niej dom, który przeoczyłem pięć lat temu, a którego dziś nie odpuszczę. Najpierw jednak podjeżdżam do szkoły, gdzie jest wiata, tablice informacyjne oraz stare wrota ze śluzy międzyłęskiej. Stalowe, nitowane wrota, z których każde skrzydło waży 7 ton, służyły w śluzie ponad 100 lat. Nowe, które kosztowały 429 tysięcy złotych i zostały założone w 2001 roku puszczają wodę.

Stare wrota śluzy międzyłęskiej.

Po posileniu się kanapkami jadę nadrobić największe niedopatrzenie wędrówki „W Krainie Deszczowców”. Zamierzam obejrzeć dom gospodarza i zarazem Starosty Wałowego Niziny Walichnowskiej - Petera Rudolfa Dirksena, który poprzednio minąłem, nie, jak pisałem o kilka, lecz o kilkaset metrów. Prowadzi doń boczna, obsadzona brzozami droga zaczynająca się przy cmentarzu. Wzniesiony w 1878 roku, a dziś walący się budynek, stojący wśród bezlistnych jeszcze drzew, sprawia niesamowite wrażenie miejsca opuszczonego bardzo dawno temu, mimo, że ktoś tu jednak bywa sądząc po obecności uli.

Małe Walichnowy. Dom Petera Rudolfa Dirksena. Po lewej ceglany spichlerz.

Powiedz, dokąd znów wędrujesz?
Czy daleko jest twój sad?
Hen, w krainy buczynowe
Ze mną tam układa pieśni wiatr.

Małe Walichnowy. Dom Petera Rudolfa Dirksena.


 Peter Rudolf Dirksen 

Rodzina Dirksenów przybyła na te tereny w XVI wieku z Holandii, na fali ruchów kontrreformacyjnych. Osiedlili się po prawej stronie Wisły. Jednakże Johann Jacob II Dirksen [1812-1856] ożenił się z córką Christopha Rudolfa Rohrbecka z Małych Walichnów i po teściu przejął gospodarstwo. Jego drugi syn - Peter Rudolf Dirksen [1843-1904], który odziedziczył gospodarstwo po ojcu najbardziej chyba zasłużył się dla regionu. Przemierzając nizinę nie sposób nie natknąć się na ślady jego gospodarowania.

Peter Rudolf Dirksen z żoną Emilią Rozalią Elżbietą z domu Goertz.

Do największych zasług Petera Rudolfa Dirksena należą: podwyższenie korony wału od Ciepłego aż do Rybaków, budowa nowego odcinka wału łączącego Wielkie Walichnowy i Nowy Międzyłęż [1878-1895], podjęcie inicjatywy budowy kolejki wąskotorowej, a przede wszystkim przebudowa stacji pomp „Nadzieja” i „Pokój” w Rybakach oraz „Zgoda” w Międzyłężu. W latach 1888-1899 Peter Rudolf napisał też „Kronikę Związku Wałowego Niziny Walichnowskiej” - dzieło to jest nie tylko opracowaniem historycznym, ale też dokładną analizą hydrotechniczną Dolnej Wisły.

Peter Rudolf miał kilku synów. Pierwszy z nich Erik odziedziczył po nim gospodarstwo w Małych Walichnowach, drugi Johann objął po ojcu obowiązki starosty wałowego, trzeci Conrad [1886-1943] założył 150 hektarowe gospodarstwo w Starym Międzyłężu i wzniósł trójkondygnacyjny budynek, który odwiedzałem chwilę wcześniej.


Małe Walichnowy. Dom Petera Rudolfa Dirksena.

Małe Walichnowy. Dom Petera Rudolfa Dirksena.

Małe Walichnowy. Dom Petera Rudolfa Dirksena. Kolebkowe sklepienie piwnicy.

Małe Walichnowy. Dom Petera Rudolfa Dirksena. Piwnica. ED 1937 [Erik Dirksen?]

Małe Walichnowy. Wnętrze spichlerza.

Małe Walichnowy. Dom Petera Rudolfa Dirksena. Widok przez okno spichlerza.

Spod największej, moim zdaniem, historycznej atrakcji tej wędrówki ruszam do Wielkich Walichnów śladem po dawnej kolejce wąskotorowej. Trzeba bowiem wiedzieć, że boczny tor „kolejki buraczanej” podciągnięty był do majątku Dirksena.

Wielkie Walichnowy. Przepust po którym jeździła wąskotorówka.
Po lewej widać drogę poprowadzoną śladem torów. W głębi kępa drzew, a w niej dom Dirksena.

Do Wielkich Walichnów wjeżdżam prosto na wzniesioną w połowie XIX wieku kuźnię z częściowo zabudowanym podcieniem szczytowym.

Wielkie Walichnowy. Kuźnia.

Oglądam też XV-wieczny kościół pw. św. Jana Chrzciciela.

Wielkie Walichnowy. Kościół pw. św. Jana Chrzciciela.

Wielkie Walichnowy. Memento mori.

Kościół w połowie otwarty, czyli drzwi otwarte, krata zamknięta. Ale zajrzeć się da.

Wielkie Walichnowy. Kościół pw. św. Jana Chrzciciela.

W przedsionku kościoła tablica z zaznaczonymi poziomami zalania kościoła podczas kolejnych powodzi.

Wielkie Walichnowy. Wasserstand.

Na południe od kościoła znajduje się cmentarz mennonicki.

Wielkie Walichnowy. Cmentarz mennonicki.

Tu ciekawostka grób Reinharda Wiensa - mennonity, który wbrew dogmatom swego kościoła, chwycił za broń i służył jako strzelec Czternastego Pułku Piechoty Wehrmachtu. No cóż, Vaterland über Alles.

Wielkie Walichnowy. Cmentarz mennonicki. Grób Reinharda Wiensa.

Zdaje się, że Wiens, zanim w wieku 35 lat „złożył broń”, konkretnie zasłużył się dla Vaterlandu, ponieważ na jego nagrobku odnajdujemy odwzorowanie Żelaznego Krzyża [Eisernes Kreuz 1939], którym odznaczano żołnierzy, wykazujących się szczególnym bohaterstwem na polu walki. To ma sugerować, że został takim krzyżem udekorowany.

Wielkie Walichnowy. Cmentarz mennonicki. Grób Reinharda Wiensa.

Ostatnim ciekawym obiektem, który chcę zobaczyć w Wielkich Walichnowach jest ślad po kwidzyńskiej kolei wąskotorowej, kończącej tu swój bieg oraz, wykorzystywany dziś jako dom mieszkalny, budynek stacji Gross Falkenau, jak nazywała się wieś w czasie największej świetności kolejki.

Wielkie Walichnowy. Nasyp kolejowy w kierunku Gronowa [dokładnie za mym wspaniałym wehikułem].


 Kwidzyńska wąskotorówka 

Wąskotorowa linia kolejowa z Kwidzyna do Wielkich Walichnów wybudowana została w latach 1901-1903 przez Kleinbahn Aktiengesellschaft Marienwerder [Towarzystwo Akcyjne Kolei Kwidzyńskiej]. Linia zaczynała się w Kwidzynie, biegła na północ i na wysokości Gniewu przekraczała Wisłę specjalnie do tego przystosowanym promem i dalej w Ciepłem serpentyną schodziła na Nizinę Walichnowską, gdzie w Wielkich Walichnowach kończyła swój bieg. Otwarcie dla ruchu pasażerskiego i towarowego miało miejsce 23 sierpnia 1905 roku. Od 1905 roku kolejka łączyła się Wielkich Walichnowach z tzw. „kolejką buraczaną” cukrowni Pelplin.

Po przyłączeniu Pomorza do Polski w 1920 roku lewobrzeżna część linii została przejęta przez Ministerstwo Kolei Żelaznych. Odcinek Wisła - Gniew - Ciepłe rozebrano, a odcinek od Wielkich Walichnów do Ciepłego wydzierżawiła w 1922 roku cukrownia Pelplin. Trzydzieści lat później kolejny zarządca - Dyrekcja Okręgowa PKP w Gdańsku przekazała jej całą linię na własność.

Rozwijająca się komunikacja samochodowa spowodowała, że kolej wąskotorowa zaczęła tracić na znaczeniu, stała się mniej wydajna i droga w utrzymaniu. To spowodowało, że w 1978 roku podjęto decyzję o zamknięciu tej linii i fizycznej likwidacji. Śladami po jej istnieniu są widoczne gdzieniegdzie w terenie nasypy kolejowe oraz niełatwe dziś do odszukania mostki, przepusty i resztki szyn.


Wielkie Walichnowy. Ślad po torowisku w kierunku Walichnów. Po prawej budynek dworca Gross Falkenau.

Opuszczam Walichnowy i jednocześnie opuszczam asfalt, z którym dopiero co się przywitałem [tu czuję ten zygzak :-)]. Jadę polną drogą [czarnym szlakiem rowerowym] w kierunku Wisły. Następnie wzdłuż wału na tzw. Wyspę Kuchenną. Przy Bożej Męce wjeżdżam na asfalt i jadę przez wieś Kuchnia. Po lewej obserwuję dwa większe drzewa na wzgórku. To cmentarz należący do wsi Kuchnia. Cmentarz jest otoczony ze wszystkich stron świeżo zaoranym polem. Daruję sobie brnięcie po kostki w żyznej nadwiślańskiej glebie, szczególnie, że nie znalazłbym tam zapewne nic poza tymi dwoma drzewami.

Kuchnia. Cmentarz.


 Brawa [Borau] 

Na starych mapach węzła wodnego Biała Góra znalazłem poza Wisłą, Leniwką, Nogatem i Liwą, czyli Starym Nogatem jeszcze jedną rzekę o nazwie Brawa lub Borau. Rzeka ta to w istocie odnoga Wisły zaczynająca się na wysokości Gronowa, a uchodząca do głównego koryta na wysokości Białej Góry.

Fragment mapy Bertrama.

Na mapie Bertrama [patrz LD narożnik] przedstawiającej deltę Wisły w 1300 roku widać między Wisłą, a Brawą wyspę o nazwie Beru [Insel Beru]. Na niektórych mapach ten fragment lądu nazywa się Insel Küche [Wyspa Kuchenna], lub Küchewerder [Łacha Kuchenna].
Zobacz też to miejsce na mapie satelitarnej


Wyschnięta i zarośnięta Brawa na południowy zachód od wsi Kuchnia.

Do Polskiego Gronowa wjeżdżam przy kościele i uzupełniwszy płyn w bidonie ruszam w kierunku wysokiej skarpy na której rozlokowana jest wieś Ciepłe.

Ciepłe. Po lewej nasyp wąskotorówki do Ciepłego. Po środku grodzisko. Po prawej wyrobisko żwiru.

Ciepłe. Nasyp wąskotorówki i grodzisko.

Wjeżdżam na nasyp wąskotorówki i podążam w kierunku wysoczyzny. Przystaję na chwilę nad przepustem wąskiego tu jeszcze Kanału Wałowego.

Kanał Wałowy [Wallgrab] i wyrobisko żwiru.


 Melioracje Niziny Walichnowskiej 

Kanał Wałowy jest najprawdopodobniej najstarszym kanałem na nizinie. Wraz z wałem ziemnym [w dalszym biegu], od którego wziął nazwę chroni on nizinę przed wodami spływającymi z wysoczyzny, bo to od zawsze było drugie po Wiśle źródło zagrożenia powodziowego. Woda z Kanału Wałowego spływała grawitacyjnie do położonego na północy Niziny jeziora Pelplińskiego. Na nizinie jest jeszcze kilka większych kanałów [Graniczny, Średniak, Jeziorniak], które odebrawszy wodę z całego systemu rowów melioracyjnych odprowadzały ją również do Jeziora Pelplińskiego z tym, że przez śluzę w Starym Międzyłężu. Z uwagi na niewielką różnicę poziomów było to możliwe tylko przy niskim poziomie wody, zarówno w Jeziorze Pelplińskim, jak i w Wiśle. Taka sytuacja zachodziła najczęściej dopiero późną wiosną. To z kolei ograniczało możliwość uprawy pól.

Częściowym rozwiązaniem problemu miał być zainstalowany w czwartej dekadzie XIX wieku w Starym Międzyłężu wiatrak czerpakowy przepompowujący wodę z systemu rowów i kanałów odwadniających do Jeziora Pelplińskiego. Wiatrak był rozwiązaniem skutecznym tylko do średniego stanu lustra wody w Jeziorze Pelplińskim. Przy wyższych stanach dochodziło do podtopień wokół samego jeziora. Blokowany był także grawitacyjny spływ wody z Kanału Wałowego i w konsekwencji następowały dalsze podtopienia. Nie w pełni skuteczne, ale kosztowne przedsięwzięcie niespodziewanie przestało być pomocne, a późną jesienią 1851 roku wiatrak spłonął.

Wiatrak czerpakowy.

Problemy rozwiązano definitywnie dopiero w 1889 roku wraz z montażem systemu pomp dużej wydajności o nazwie „Nadzieja”.

To tak w wielkim skrócie. Więcej informacji na ten temat zawierają źródła podane na końcu.


Szlak na starotorzu i grodzisko.

Zostawiam rower...

...na szlaku...

...i pieszo wdrapuję się na...

...grodzisko,...

...skąd rozciąga się wspaniała...

...panorama Niziny Walichnowskiej. [klikaj po większe]


 Grodzisko 

Na wysokim cyplu skarpy zamykającej od południa Nizinę Walichnowską we wczesnym średniowieczu założone zostało grodzisko. Badania prowadzone tu na początku lat 70-tych ujawniły obecność fragmentów ceramiki, kości zwierzęcych i wielu przedmiotów, w tym glinianych przęślików i szklanych paciorków oraz fragment noża.

Na podstawie badań stwierdzono, że gród użytkowany był prawdopodobnie od końca XI do połowy XII wieku, ale nie wiadomo, czy miał wyłącznie charakter strażnicy szlaku handlowego z południa na północ i szlaku wodnego Wisły.

Grodzisko ma kształt wydłużony o wymiarach około 80x40 metrów. Wejście znajduje się od strony południowej, wzmocnionej wałem i fosą.

Podczas prac przygotowawczych do budowy kolejki z Kwidzyna przez Gniew do Walichnów Wielkich w 1900 roku odkryto nieopodal grodziska datowane na XI wiek cmentarzysko. Natrafiono wtedy na sześć płaskich grobów szkieletowych z zachowanymi śladami trumien i bogatym wyposażeniem w postaci: miecza, grotu włóczni, żelaznego wędzidła, noży, odważników wagowych, mis oraz inkrustowanego miedzią i srebrem żelaznego strzemiona. Podczas badań w 1970 roku znaleziono już tylko materiał ceramiczny.


Wieje niemiłosiernie. Uciekam do wąwozu i wykarczowanym starotorzem wspinam się do wsi Ciepłe, gdzie zatrzymuję się przed okazałym budynkiem w centrum wsi. Pamiętam, że jadąc tędy pięć lat temu w deszczu kątem oka dostrzegłem słupek kamienny z wykutą datą. Patrzyłem zatem w prawo, a kaptur na głowie na tyle ograniczył widoczność, że nie zauważyłem dworu :-). A poważnie, nie miałem pojęcia o tym dworze, bo wtedy nie przygotowywałem swoich wędrówek tak, jak dziś, a i dziś zdarza się przeoczyć niemało na trasie.

Dwór Kurta Fibelkorna.


 Kurt Fibelkorn 

Niewiele wiadomo o niegdysiejszym właścicielu dworu Warmhof [Ciepły Dwór - dziś Ciepłe]. Wiadomo, że należał doń znajdujący się tam do dziś, a datowany na 1830 rok obiekt. Jeżeli przymknąć oko na przypisywane Fibelkornowi demoniczne i nadprzyrodzone właściwości, założyć można, że nie był on pierwszym właścicielem dworu. Według skąpych informacji, jakie można odnaleźć mieszkał on w Warmhof od 1865 do śmierci 11 września 1930 roku. Poza dworem posiadał gospodarstwo, w skład którego wchodził sad. I w sadzie właśnie rozgrywały się wydarzenia, które rzekomo do tego stopnia niepokoją mieszkańców, że ci nie chcą o Fibelkornie mówić nawet dziś - 85 lat po jego śmierci. Mianowicie widywano na terenie majątku jego właściciela, czy też może jego ducha, podczas, gdy w rzeczywistości przebywał on w Gdańsku, albo Warszawie. Gdy ktoś odważył się wejść na teren sadu Fibelkorna z zamiarem pozyskania owoców, natychmiast pojawiała się tam jego demoniczna postać o upiornym spojrzeniu i wypędzała intruza.


Przypomniałem sobie odnalezioną gdzieś w sieci informację, że grób Kurta Fibelkorna znajduje się na cmentarzu w zachodniej części wsi, a duch jego podobno straszy do dziś. Postanowiłem poszukać grobu.

Ciepłe. Cmentarz.

Ciepłe. Cmentarz. Prawdopodobnie ruina grobowca Kurta Fibelkorna.

Podobno niektórzy próbowali tam szukać skarbów. Z tego co widać, jeśli ktoś tam czegoś szuka, to raczej rozrywki przy ognisku i alkoholu, a duch Fibelkorna, jeśli straszy do dziś, to trudno się dziwić widząc stan jego mogiły. Też by mnie szlag trafiał... chyba.

Przy okazji poszukiwania miejsca pochówku dawnego właściciela majątku Warmhof, znalazłem nagrobek należący do Ottona Rudolfa Fibelkorna urodzonego 1 kwietnia 24 roku i zmarłego 24 marca 36 roku. Najpewniej chodzi o wiek XX. Niewykluczone więc, że był to wnuk Kurta. Dlaczego żył jedynie niespełna 12 lat? Nie dowiemy się raczej nigdy.

Ciepłe. Cmentarz. Nagrobek Ottona Rudolfa Fibelkorna.

Kwiatki dla Fibelkorna.

Szybki przejazd do Gniewu.

Krótki postój z widokiem na dolinę Wisły.

Wolny przejazd przez Gniew i wyjazd czarnym szlakiem nadwiślańskim przez kładkę na Wierzycy w kierunku Tymawy.

Gniew. Widok z kładki na Wierzycy.

Tędy mieliśmy zamiar jechać z Bartkiem i Markiem w 2010 roku, jednak całe ujście Wierzycy zalane było wodą z wezbranej Wisły i droga ta była nieprzejezdna. Dziś wody mało, jadę więc w kierunku zalesionych wzgórz pod Tymawą zwanych przez Jana Sobieskiego Alpami Tymawskimi. Szlak mija bokiem Nicponię. Tu mocno zniszczony dwór z ok. 1880 roku zwany, chyba na przekór, „Nowym”. Dalej szlak wiedzie brzegiem lasu u stóp wysoczyzny, po kilku kilometrach wspina się wąwozem w stronę Tymawy.

Ścieżka przez Alpy Tymawskie.

Alpy Tymawskie. Widok z Tymawy. Pogoda zwana przeze mnie pocztówkową.

W Tymawie oglądam z zewnątrz kościół św. Michała Archanioła...

Tymawa. Kościół św. Michała Archanioła.

...i bez zwłoki jadę na południe. Najpierw wspinam się szosą na wzgórze, później zaliczam długi zjazd nad Wisłę. Okrężną, wydawać by się mogło, drogą przez...

...Betlejem...

...i...

...Rzym [no prawie]...

...dojeżdżam do Opalenia, gdzie czeka na mnie barokowy kościół pw. św. Piotra i Pawła z 1773 roku oraz poewangelicki kościół wybudowany w latach 1892-1893.

Opalenie. Kościół poewangelicki.

Pokręciwszy się po Opaleniu, przejeżdżam wiaduktem pod dawną szerokotorową linią kolejową ze Smętowa Granicznego do Kwidzyna...

Opalenie. Wiadukt.

...i jadąc przez las, trochę na czuja, próbuję trafić na małą osadę nadwiślańską - Małe Wiosło. Piaszczysta droga sprawia trochę problemów, ale w końcu dojeżdżam do celu.

Nareszcie w Małym Wiośle.

Wspinam się wąskim asfaltem w kierunku Widlic, później kawałek drogą leśną przez rezerwat i dojeżdżam do ukrytego wśród drzew pomnika.

Pomnik Gottlieba Schmida.


 Gottlieb Schmid 

Gottlieb Schmid - tajny radca królewski, projektant regulacji odcinka dolnej Wisły urodzony 22 kwietnia 1800 roku. W okresie od 1 stycznia 1829 do 1 kwietnia 1881 pracował w Kwidzynie przy projektowaniu i wykonywaniu obwałowań i zabezpieczeń Wisły przed powodziami. To co dzisiaj pozostało z pomnika, upamiętniającego 60-lecie jego pracy zawodowej stanowiło zaledwie podstawę pierwotnie czterokrotnie wyższej konstrukcji, co widać na mojej słabej reprodukcji z tablicy informacyjnej. Na czterech licowanych kamieniem ścianach trzymetrowej ruiny [nazwijmy rzeczy po imieniu] pomnika można zobaczyć cztery tablice z informacjami o człowieku i jego dokonaniach.


Wracam do Małego Wiosła i szukam najlepszej drogi do jednego z najpiękniejszych punktów wypoczynkowo-widokowych, jakie znam.

Małe Wiosło. Panorama Doliny Wisły z wiaty na wzgórzu między Wiosłami Wielkim i Małym.

Z uwagi na późną porę z żalem odpuszczam Nowe i ruszam przez Dębinę, Pieniążkowo, Milewko do Twardej Góry. Ten kilkunastokilometrowy przejazd, mimo zmęczenia pokonanymi już kilometrami i wiatrem pokonuję zadziwiająco szybko. Prawie godzinę czekam na pociąg. Słońce się chowa i robi się bardzo zimno. Z nadzieją wypatruję pociągu z Laskowic Pomorskich. Jakaś pani beznamiętnym głosem zapowiada 10-minutowe opóźnienie. Sytuacja powtarza się jeszcze dwukrotnie. Pociąg w końcu przyjeżdża 40 minut po czasie. Zaryzykuję stwierdzenie, że nigdy w życiu tak bardzo nie zmarzłem. Za to gratis wracam do Gdańska.


Po raz drugi odwiedziłem Nizinę Walichnowską i okolice. Po raz drugi stwierdzam, że jest to niezwykle urokliwa kraina, gdzie świadomy turysta na każdym kroku spotyka się z historią, gdzie na każdym kroku widać, jak wielką pracę wykonali dawni osadnicy w walce z żywiołem. Żywiołem, który daje, ale i zabiera. Z Wisłą. Po raz drugi stwierdzam, że ja tu jeszcze wrócę. Choćby i za kolejne pięć lat.

I ten widok ze wzgórza między Wiosłami... Zniewalający.



Do wkrótce.



 Zachęcam 

do lektury:

  1. Wolfram Dirksen „Spojrzenie na Nizinę Walichnowską cz.I” [w:] „Kociewski Magazyn Regionalny VII-IX 2006” [tłum. Mariusz Śledź]
  2. Wolfram Dirksen „Spojrzenie na Nizinę Walichnowską cz.II” [w:] „Kociewski Magazyn Regionalny X-XII 2006” [tłum. Mariusz Śledź]
  3. Jerzy Szałygin Nizina Walichnowska na przestrzeni wieków [w:] „Katalog zabytków osadnictwa holenderskiego w Polsce”
  4. Monika Będkowska Nizina Walichnowska [w:] „Kociewie i Powiśle


 Polecam 

relacje z moich wędrówek przez Dolinę Dolnej Wisły:

Odcinek I: Bydgoszcz - Terespol Pomorski.

08 czerwca 2013 - Bo to zła wieś była!

Odcinek II: Terespol Pomorski - Nowe.

03 listopada 2014 - Dolina Milczących Kamieni.

Odcinek III: Nowe - Tczew.

27 marca 2010 - W Krainie Deszczowców.

Odcinek IIIa: Tczew - Nowe [Wiosło].

16 kwietnia 2015 - Walichnowski zygzak.



 Przypominam 

...że możesz otrzymywać powiadomienia o pojawieniu się nowej relacji oraz innych zmian na stronie Żuławy.info. Wystarczy zapisać się na bezpłatny newsletter.

 

Newsletter Żuławy.info






Komentarze czytelników
www

W tytule maila podaj tytuł wędrówki, a w treści swoje imię i nazwisko lub nick oraz tekst komentarza. Możesz też podać adres swojej strony internetowej. Adresów mailowych nie zamieszczam w komentarzach. Wpisy wulgarne i nie na temat ignoruję.

Wysłanie maila oznacza zgodę na publikację Twojego nicka/nazwiska oraz treści wpisu na stronie www.zulawy.info.


1. Hańka
www
niedziela, 31 maja 2015

Dobry wieczór!

Wspaniała historia wyprawy, podziwiam ilość przejechanych kilometrów, a przede wszystkim rozległą wiedzę historyczną autora. Dowiedziałam się wielu ciekawych faktów. I powoli się przekonuję, że nie tylko Kaszuby są piękne.

My byliśmy dziś na znacznie skromniejszej wyprawie rowerowej Tczew - Gorzędziej - Subkowy - Tczew, bocznymi drogami nawinęłam 27 km, a i tak tylko dlatego, że „podstępny mąż” mi naściemniał, że to będzie tak z 7 w jedną stronę Wiem dokładnie, gdzie mam kości kulszowe, ale zadowolonam, jak smok. Nie przypuszczałam, że w tamtych okolicach jest tak pięknie. No i była to pielgrzymka do kolejnego miejsca, gdzie żyła moja kochana pisarka Anna Łajming. I pogoda dopisała, cud, normalnie. W samym Gorzędzieju spodobał nam się przeuroczy, maleńki, stareńki kościółek, no i widok - po Malbork. Natomiast sam dwór rozczarowuje. Chociaż po zabudowaniach gospodarczych widać, że majątek musiał być olbrzymi.

Pana relacja sprawiła, że mam ochotę zobaczyć te wszystkie miejsca, które Pan odwiedził. Na pewno nie za jednym zamachem, ale po troszku.

Życzę Wielu udanych wypraw i pozdrawiam - Hańka

2. Ty
www

Palczewo
Drewnica
Ostaszewo
Wikrowo
Drewnica

2009-